RSS

lampy drewniane

Patrzysz na wypowiedzi wyszukane dla słów: lampy drewniane






Temat: teraz dano z innej nieco 'beczki' będzie
i wreszcie do centrum wszechświata...
...dochodzimy
*****
GRZYBOWSZCZYZNA
Pojechalem do Grzybowszczyzny zobaczyc swieta cerkiew, swiete drzewa, Doline Jozafata, gdzie sie sad ostateczny odbywal, a przede wszystkim porozmawiac z ludzmi, którzy znali proroka Ilje i byli swiadkami Jego cudów,
Grzybowszczyzna jest niewielka wsia ? liczy tylko szesnascie zagród. Ziemia tu licha, gospodarstwa nieduze, ludzie zyja ubogo. Dookola lasy i piaszczyste pagórki. Do najblizszego przystanku PKS idzie sie ze wsi kilkanascie kilometrów. We wsi duzo drzew, galezie przeslaniaja i domy, i niebo, Spokojnie tu i zacisznie niczym w gaju oliwnym. Na ulicy kury i prosiaki szukaja sobie zeru, pod plotami bawia sie bose dzieci. Za wsia, w lasku, widac nieduza murowana cerkiew ? dzielo proroka Ilji.
Bez trudu znalazlem chate soltysa. Sam soltys byl w miescie, wrocil do domu dopiero wieczorem. Rozsiadl sie za stolem, wykrecil knot lampy, zdmuchnal ze stolu okruszyny chleba. Obejrzal moja delegacje, chuchnal kilka razy w pieczatke, podstemplowal z namaszczeniem.
? To pana interesuje ten nasz prorok... Ilja... ? mówil, jakby nie dowierzajac, ze w takiej sprawie mozne isc piechota kilkanascie kilometrów i to ze sluzbowa delegacja w kieszeni. Polozyl rece na stole i z powaga, z jaka rozmawia sie w sprawach urzedowych, zaczal wyjasniac;
? Zaczelo sie to jeszcze przed pierwsza wojna swiatowa. Mieszkal tu na kolonii w lesie Eliasz Klimowicz, stary, nieuczony chlop. Kobyle mial stara, wóz na drewnianych osiach. Wszyscy mieli juz wozy na zelaznych osiach, a on ? na drewnianych. Zapozniony byl. Umial troche czytac, ale pisac prawie nic.
I byl wtedy we wsi taki jeden bandzior, nazywal sie Póltorak. Rabowal ludzi, grozil zabójstwami, zadal wysokich okupów. Nawet carscy zandarmi nie dawali mu rady. Dokuczal on i staremu Eliaszowi, bo to las, kolonia, latwo takiego bylo przestraszyc, przesladowac. W tym czasie gdzies tam az w Kronsztadzie mieszkal taki pop-cudotworca, Joan Kronsztadzki, Do tego Joana poszedl Eliasz prosic, zeby ratowal ludzi przed Póltorakiem. I tak jakos wyszlo, ze w tym akurat czasie jeden chlop, którego dom Póltorak rabowal, podczas rabunku ? zabil bandyte. Ale ludzie zamiast dziekowac temu, co zabil, dziekowali Eliaszowi: ze niby to Joana pomoc, ze Poltorak zginal.
I to przynioslo Eliaszowi slawe. A jeszcze slawniejszy stal sie wtedy jak zaczal budowac we wsi cerkiew. Licho wie, skad mial pieniadze. Ludzie gadaja róznie, mówia na przyklad, ze od Joana Kronsztadzkiego. Podobno ten pop mial takiego bzika ? od jednych bral, drugim dawal. Duze pieniadze w ten sposób rozdawal.
No i zaczal Eliasz budowac tutaj cerkiew. Ale przyszla wojna, co zbudowal ? zburzono, a ludzi wywieziono do Rosji. Po powrocie nie mieli pieniedzy na cerkiew ? ludziom braklo chleba, u Eliasza tez sie nie przelewalo. A do tego na wznowienie budowy polskie wladze nie dawaly zezwolenia, budowano tu wtedy koscioly, nie cerkwie. Eliasz jezdzil gdzies, pisal podania, dochodzil praw. Zaczal sprzedawac nawet pole, zeby koszty oplacic. I widzi pan: dopial swego. Zezwolili mu nie tylko dalej budowac, ale i organizowac kwesty w prawoslawnych parafiach. Kobiety z Grzybowszczyzny i innych wiosek chodzily od parafii do parafii, zbieraly pieniadze na wykonczenie cerkwi. Opowiadaly przy tym niestworzone rzeczy o Ilji i Grzybowszczyznie. I ciemni ludzie zaczeli wierzyc, ze niby w Grzybowszczyznie biblijny prorok Ilja zmartwychwstal czy zszedl z nieba, ze cerkiew cudem z ziemi wyrosla i wiele innych takich bajek. Wierzyli i szli tlumami. Oj, panie, co tu się dzialo... Apostolów róznych ile sie znalazlo; apostol Bielski, apostol Kobrynski, Jan Bogoslow... Czort ich wszystkich spamieta.
Soltys machnal reke na znak, ze o tym, co bylo dalej, woli nie opowiadac.
? A prorok... Czy jeszcze zyje? ? spytalem.
? W 1940 roku, za wladzy radzieckiej, wyjechal na wschód i juz nie wrócil. Stary byl przeciez, kolo siedemdziesiatki... ? wyjasnil.
? A z rodziny nikt nie pozostal? Może dzieci albo wnuki?
? Nikt. Syn po pierwszej wojnie zostal w Rosji, prawdopodobnie tez juz nie zyje. Jest tu jego wnuczka ? Soltys usmiechnal sie, spogladajac na krzatajaca sie w milczeniu przy garnkach kobiete.
? To moja zona ? wyjasnil ? Ale nie rodzona wnuczka ? dodal. ? Jej matka byla pasierbica Ilji.
Weszly jakies kobiety. Stanely w drzwiach prowadzacych do pokoju i przysluchiwaly sie rozmowie.
? Wy nic, dziadzka, nie gadajcie ? powiedziala jedna z nich do soltysa. ? Ilja byl swiety czlowiek, i juz. On robil cuda.
? A jaki tam swiety ? oburzyl się Soltys. - Glupi muzyk, jak i inni. Swiety - Ironizowal - albo to tylko on byl tu swiety? Bylo ich do czorta. Tu byl panie jeszcze lepszy zulik, taki Regis - tez swiety. Mówil, ze Jest carem Mikolajem, i niektórzy w to nawet uwierzyli
? Ten, prawda, to juz zaden swiety ? wtracila druga kobieta. - Co to za swiety: Tolki chlau i baby dupczyu...
? Nie mów tak! ? syknela sasiadka i wskazala mnie glowa: ? Patrz... on wszystko zapisuje.
- Tacy oni tam wszyscy byli swieci jak ten Regis ? zakonczyl soltys, zabierajac sie do podanej na stól kolacji.






Temat: Projekt Jowisz- proszę o opinie!
Gość portalu: czarny napisał(a):

> Myślałem o wywaleniu ścianki tylko boje się czy nie będzie pogłosu i czy

Będzie pogłos prawie idetyczny, czy ścianka będzie, czy nie. Problem tkwi w
wysokości pomieszczeń.
Hal - 11 m2
Jadalnia - 12 m2
Salon - 30 m2
Razem 52 m2 otwartej przestrzeni, przy wysokości 2,70 m
Kuchnia jest z boku o jej powierzchnia będzie miała minimalny wpływ na wrażenie
wysokości przestrzeni otwartej.
2,7 m dla salonu jest mało. Zanim zaczniesz budować, poszukaj podobnej
wielkości pomieszczenia. Zobacz, jaką ma wysokość i czy dobrze się w nim
czujesz, Po wylaniu stropu, już nie podniesiesz sufitu, a będziesz musiał długo
w tych pomieszczeniach mieszkać.
Zacznijmy od zewnątrz:
Na ścianie frontowej najważniejszy jest garaż z olbrzymią paszczą bramy. Część
mieszkalna wygląda przy nim, jak skromna plebania przy kościele.
Balkon frontowy nikomu nie będzie służył oprócz sprzątania i zwalania zimą
śniegu pod wejście do domu. No może służyć do pokazania światu pościeli w
czasie wietrzenia. Balkon od ulicy, więc sporo ludzi może o niej wyrazić opinię.
Podcień wejściowy, brama garażowa, drzwi balkonowe zwieńczone łukiem. Kuchnia,
okno kuchenne, z kotłowni i spiżarki, po macoszemu proste. Dlaczego spiżarka od
południa? Komin jakoś szczupło wygląda, mając pomieścić jeszcze 3 wentylacje.
Nie widać na rysunku wyjścia wentylacji z kuchni i ze spiżarki. Czyżby nie było
w projekcie?
Okien do garażu bez liku, jakby samochód musiał mieć dobre doświetlenie.
Na elewacji ogrodowej, środkowe okna z łukami, a boczne pozbawione ozdóbek,
chociaż drzwi ogrodowe z jadalni są ważnym detalem prestiżowym. Jest wyjście z
jadalni na taras i z salonu. Nie wiem, czemu ma służyć jego zadaszenie, bo nikt
tam spokojnie nie usiądzie. Skrzyżowanie ciągów komunikacyjnych raczej
wprowadza niepokój w odpoczynku i pewne skrępowanie. Elewacja lewa i prawa
śmiało może konkurować ze sobą ilością okien. Dom jawi się jako strażnica do
obserwacji okolicy. W domu, przejście z garażu do pomieszczeń mieszkalnych.
Rozumiem, że ilość drzwi wejściowych do domu, jest pułapką dla złodzieja w myśl
wierszyka - osiołkowi w żłobie dano...
Samo wejście do domu odpycha, przez drzwi otwierane na zewnątrz. Przydałaby się
lampa ostrzegawcza otwierania drzwi. Nie mogą otwierać się do środka, ze
względu na konflikt z drzwiami garażowymi. Wiatrołap niby duży, ale mało
ustawny. Hal duży i wygodny, ale schody do zabicia się. Nikt starszy lub
niedołężny ich nie sforsuje. Nie ma możliwości ich wydłużenia, chcąc zrobić
spocznik, albo dołożyć stopień, czy 2, gdybyś podnosił wysokość pomieszczeń.
Ratunkiem jest wywalenie ścianki do salonu. Schody drewniane, czy betonowe będą
mieć niewykorzystaną powierzchnię pod nimi. Chyba, że wykorzystasz na
powiększenie spiżarki.
Kuchnia nie ma częściowego przysłonięcia na jadalnię. Gdzie będzie stała
lodówka? Pozytywne jest bezpośrednie dojście do okna, ale jest to wynik
usytuowania okna i drzwi do spiżarni, a nie głębokich przemyśleń Pani
Małgorzaty.
Jadalnia ograniczona wyjściem na taras i barkiem w kuchni, raczej nie daje
możliwości rozłożenia stołu dla większej liczby osób.
Kominek w salonie jest przerostem formy nad treścią. Umieszczony w tym miejscu,
nie daje możliwości usytuowania wygodnych foteli i grzania się jego ciepłem,
albo trzeba je postawić na ciągu komunikacyjnym. I nawet to ustawienie foteli
byłoby wskazane, bo jest z tego miejsca widok na zachodnią stronę ogrodu,
ale... gdzie umieścić telewizor i z której strony go oglądać? Zresztą to
najmniejszy problem, bo i tak coraz mniej jest programów do oglądania.
Góra:
Łazienka i pralnia usytuowane po przekątnej w stosunku do kotłowni. Odległość
od źródła ciepłej wody rokuje straty na wodzie, zanim dopłynie ciepła, wstawki
zimnego prysznica w czasie kąpieli, straty ogrzewania cwu. Brak strychu może
być mankamentem.
Napewno brak pomieszczenia na kosiarkę i narzędzia ogrodnicze wymusi
postawienie dodatkowego pomieszczenia gospodarczego., chyba, że z garażu
zrobisz pakamerę, ale jakoś nie widzę w nim dużo miejsca.
Zobacz jeszcze na projekcie poddasza, czy w pokojach i w łazience nie
przewidziano słupów konstrukcji dachowej, gdzieś na środku pomieszczenia?






Temat: perfumy to bardzo wazna czesc stroju
Molinard - Habanita de Molinard
Jedne z najstarszych perfum na rynku, nie pamietam dokladnie roku
wprowadzenia - 1919? 1923? 1916? - w kazdym razie, jak Mitsouko
Guerlaina, odzwierciedlaja estetyczne preferencje swojego czasu.
Zapach ciezki jak welwetowe kotary haftowane w zlote lilie, ciemny
jak swiatlo lampy przyslonietej brokatowym abazurem z fredzla z
koralikow. Zapach duszny jak wylozony dywanami salon, pelen pianin,
kanap i koronkowych narzut. Zapach orientalny orientalizmem z
Ballets Russes Diaghileva. Zapach art deco.
Typowe opisy Habanity sa pelne odnosnikow do eponimicznej
Kubanki: "gorace, zmyslowe perfumy oddajace urok tropikalnej nocy".
Cos w tym jest, bo tropikalna noc jest wlasnie duszna, ciezka,
wypelniona goraca wilgocia, trudno w niej oddychac nawet przy
lekkiej bryzie. Nuty - otoz ja wyczuwam nuty dymu, spalonego drewna,
prochu strzelniczego, plonacej stodoly z piosenki Czesiu Niemena.
Moj kot, ktory lubi sobie polizac wyperfumowany nadgarstek,
wymruczal mi ze Habanita smakuje jak ostry czerwony pieprz
brazylijski i ze nalezaloby ja zapic kaipirinia. Z tym, ze Habanita
nie pachnie pieprzem ani zadnymi przyprawami, trudno ja nawet
okreslic jako zapach organiczny; gdyby szklo mialo zapach, bylby to
wlasnie zapach czarnego szkla, pokrytego wymyslnym zlotym
ornamentem.
Przymiotnik "zmyslowe" pasuje wyjatkowo dobrze. Nie jest to
zmyslowosc haremowa, poddancza, podszyta strachem przed gniewem
sultana, i zupelnie brakuje jej natretnego pragnienia by sie
podobac. Jest to zmyslowosc namietna, drapiezna, gwaltowna, spod
znaku "kochaj mnie lub rzuc", zmyslowosc Carmen, ktora predzej da
sie zabic niz zaakceptuje konwencjonalna wiernosc. Stad byc moze
podtekst prochu strzelniczego - pistolet ciagle dymi po swiezutkiej
crime passionnelle.
Habanita to femme fatale swiata perfum, powinna je nosic Rita
Hayworth, bo idealnie pasuja do obcislych sukien z czarnej satyny i
rekawiczek po ramiona. Poniewaz dzisiaj tak sie ubrac da wylacznie
na bal przebierancow, wytypowalam pare numerow a la flapper girl
circa 1920 - wiuwajace czarne szyfony w czerwone kwiaty badz wzory
lamparcie, satynowe wstazeczki, tu i owdzie akcent koronki czy jakas
falbanka - i te suknie komponuja sie z Habanita zadziwiajaco dobrze.
Z punktu widzenia temperatury sa to perfumy na upaly, i nie mam
zamiaru nosic ich w zimie, bo beda sie gryzc ze swetrami i widokiem
sniegu za oknem.
Jak wynika z powyzszego, nie sa to perfumy na dzien, natomiast
zbieraja miliony komplementow w sytuacjach "po godzinach".
Gdybym miala je porownac do czegos dzisiejszego, to sa duzo blizsze
Pradzie czy Messe de Minuit niz wszelkim szanelom, ziwanszim i
hermesom. Co nie znaczy ze sa takie jak Prada czy Black Cashmir, bo
wspolczesna dymnosc jest zimna, nieostra i absolutnie stosowna na
kazda okazje. Moze najblizsze zapachowo sa Pomergranate Noir Jo
Malone, aczkolwiek Pomergranate jest duzo bardziej subtelny i
wytworny, no i oczywiscie zimowy. Habanita jest definitywnie
zmyslowa, bez watpienia kobieca, ale nie bardzo da sie ja okreslic
jako elegancka. Gdyby Madame Sans Gene zyla odpowiednio dlugo,
wybralaby te perfumy jako swoja "sygnaturke zapachowa".




Temat: Kościół w Grabówce - co dalej?
Odbudowa kościoła podzieliła wieś - cz. II
Zwolennicy odbudowy drewnianego kościoła chcieli się przekonać, co
naprawdę myślą ludzie we wsi. - W marcu zrobiliśmy referendum. Gdyby
się okazało, że większość ludzi chce nowego, murowanego kościoła,
przestalibyśmy walczyć o odbudowę starego. W referendum wzięło
udział 226 osób: za odbudową opowiedziało się 156 osób, za kościołem
murowanym - 65. To o czymś świadczy - mówią zwolennicy odbudowy
starego kościoła. Ci, którzy chcą murowanej świątyni, m.in. Jacek
Adamski, bagatelizują wyniki tego referendum. - Nie wszyscy
mieszkańcy wsi wzięli w nim udział. W Grabówce do głosowania
uprawnionych jest ponad 400 osób - mówi Jacek Adamski.

Wyniki referendum dostał ksiądz proboszcz. - Chcieliśmy, żeby
powiedział o nich parafianom. Nie zrobił tego.

*Pan Jezus z niego na nas patrzył*

Ci, których wieś ochrzciła judaszami, mają żal do proboszcza - nie
tylko o to, że nie podał wyników referendum. - Straciliśmy
pieniądze, za które mogliśmy odbudować kościół - mówi Kafara.

Jerzy Adamski, wójt gminy: - W budżecie gminy było przyznane 170
tys. zł na odbudowę drewnianego kościoła. Gdy wieś zrezygnowała z
odbudowy, pieniądze przeznaczyliśmy na inny cel. Szkoda, bo kościół
w Grabówce był jednym z dwóch najcenniejszych, najstarszych zabytków
w gminie. Pozostała nam tylko cerkiew w Uluczu.

- Dzięki działaniom wójta mieliśmy obiecane 2 mln zł z Ministerstwa
Spraw Wewnętrznych na odbudowę zabytkowego kościoła. Trzeba było
złożyć wniosek, ale musiałby to zrobić ksiądz proboszcz, a on
przecież nie chce już drewnianego kościoła - dodaje Kafara.

- W tym roku drewniany kościół już by stał na starym miejscu.
Praktycznie nic by nas nie kosztował - mówi Kafara.

Ludzie uważają, że proboszcz podzielił wieś. - Przez wiele miesięcy
mieliśmy wspólny cel: odbudowujemy nasz stary kościół. Teraz wszyscy
się na wszystkich patrzą wilkiem.

Zastanawiają się, dlaczego ksiądz proboszcz, który przez całe lata
nie wykazywał się wielką energią, nagle stał się bardzo stanowczy. -
Nie wiemy, czy ksiądz teraz chce się wykazać i pozostawić po sobie
murowaną świątynię. Ma doradców, którzy go tak nastawili. Tu chodzi
o różne ambicje - słyszę od przeciwników kościoła z cegły i betonu.
Wytykają proboszczowi, że wymienił stary krzyż, który stoi przy
ołtarzu, na nowy: - Po co to zrobił? Przecież tamten stary cudem z
pożaru ocalał i tyle lat Pan Jezus z niego na nas patrzył.

Przypominają, że po każdym remoncie czy malowaniu w kościele czegoś
ubywało. - Były stare pająki (wiszące lampy) i znikły na długo przed
pożarem.

Chciałam porozmawiać z księdzem proboszczem o tym, co się dzieje w
Grabówce. - Z "Gazetą" nie rozmawiam - stwierdził.

*Zaczniemy wszystko od nowa*

Zwolennicy drewnianego kościoła mają nadal nadzieję, że kościół
jednak powstanie. Zwrócili się z prośbą o rozważenie tej sprawy
przez arcybiskupa Michalika. Sekretarz kurii w telefonicznej
rozmowie z "Gazetą" powiedział: - Sprawa budowy nie jest jeszcze
przesądzona. Ksiądz arcybiskup nie podjął jeszcze decyzji, czeka na
dodatkowe dokumenty.

Nadzieję, że drewniana świątynia znów znajdzie się w krajobrazie
Grabówki, ma wojewódzki konserwator zabytków Mariusz Czuba: -
Kościół jest nadal w rejestrze zabytków. To byłaby wielka szkoda,
gdyby nie został odbudowany. W Ulanowie też zaczęły się wątpliwości,
czy odbudowywać drewniany kościół. Tam jednak ksiądz proboszcz uciął
wszystkie dyskusje, powstała rekonstrukcja dawnego kościoła.

Postawa mieszkańców Grabówki go dziwi. - Była realna szansa, że
odbudowa, rekonstrukcja drewnianego kościoła odbyłaby się
praktycznie bez udziału finansowego mieszkańców wsi - dodaje
konserwator.

- Ten rok już pewnie straciliśmy, ale co to jest w porównaniu z 400-
letnim istnieniem tego kościoła? W tym roku dotacja z ministerstwa
już przepadła, ale moglibyśmy ją dostać w przyszłym. I o drzewo
można by się znów starać. Gdyby w kurii zdecydowano, że jednak
odbudowujemy drewniany kościół, zaczniemy wszystko od nowa -
stwierdza Kafara.

Anna Gorczyca

www.przemyslanin.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=910&Itemid=83



Temat: Na Śląskim szlaku
Brama Gwarków

Wpisanie w 2004 r. na listę pomników historii narodowej Kopalni Zabytkowej
srebra i ołowiu i Sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach wywołało, jak
zwykle, niewielki szum medialny. Okazało się przy tym, jak nikła jest wiedza
społeczeństwa o tych górnośląskich zabytkowych obiektach górniczych, które do
zwiedzania udostępniono już w 1957 i 1975 roku.

Tarnogórskie obiekty z listy pomników historii narodowej dokumentują
kilkusetletnie tradycje górnicze Tarnowskich Gór, założonych jako wolne miasto
gwareckie w 1526 r.

Pod koniec XVI w. były one największym w Europie ośrodkiem górniczym.
Zwiększaniu wydobycia rudy w coraz większym stopniu przeszkadzała woda, więc do
jej usuwania z wyrobisk zaczęto używać coraz wymyślniejszych urządzeń, począwszy
od prymitywnych czerpadeł i drewnianych pomp, napędzanych spadkiem wody, poprzez
olbrzymie kieraty konne (tzw. kunszty polskie) po coraz liczniejsze sztolnie
odwadniające, kute w celu grawitacyjnego odprowadzania wody z kopalń. Kiedy w
1784 r. uruchomiono pruską królewską kopalnię rud ołowiu i srebra „Fryderyk”,
zainstalowano do jej odwadniania w 1788 r. pierwszą na kontynencie (poza Anglią)
maszynę parową na licencji Watta-Boultona. Choć wkrótce pracowało już sześć
maszyn, nie nadążały one z napływem wody. Postanowiono więc wydrążyć system
sztolni odwadniających.

W latach 1821-35 powstała sztolnia „Fryderyk”, odprowadzająca wody podziemne do
rzeki Dramy, mająca 5460 m długości i średnią głębokość 25 m poniżej poziomu
powierzchni. Częścią tej sztolni jest fragment nazywany „Sztolnią Czarnego
Pstrąga”, położony w parku sanatoryjnym w Reptach Śl. W Barbórkę 1957 r.
udostępniono ją turystom, którzy przepływają metalowymi łodziami przez
600-metrowy odcinek podziemia, między szybami „Ewa” i „Sylwester”. Łodzie
przepychane są ręcznie przez przewodników, kute w dolomicie korytarze oświetla
karbidowa lampa na dziobie łodzi, a pchający je przewodnicy snują swój
przewodnicką opowieść o cudownych właściwościach kropel wody, spadających ze
stropu. I tak: jeśli w tzw. Bramie Szczęścia kapnie komuś kropla na głowę –
będzie mądrzejszy (uwaga maturzyści!); jeśli na rękę – będzie miał dodatkowe
zdolności; jeśli na kolano – będzie miał szczęście w miłości. Dla dodania sobie
odwagi wystarczy w Bramie Odważnych powiedzieć: „Strachu, opuść mnie!” i po
kłopocie. Nawet jeśli nie ziszczą się owe obietnice, zwiedzającym pozostaną
niezatarte wspomnienia.

W gąszczu zielska między Ptakowicami a Zbrosławicami podziemne wody ze sztolni
„Fryderyk” wypływają do tzw. roznosu „Fryderyk”, który odprowadza je po kilkuset
metrach do rzeki Dramy. Wypływ wód podziemnych zyskał na początku XIX w. ciekawą
oprawę, nazwaną „Bramą Gwarków”. Dziś ten nie mniej ciekawy od samej sztolni
zakątek pozostaje zapomniany, choć zasługuje na lepszy los.

Edward Wieczorek
Fot.: autor




Temat: Jeszcze kosci...
Jeszcze kosci...
Witam,
Panie redaktorze, preczytalem Panski artykul o bitwie pod Lodzia i
jego "poczatkach" tzn informacji o kosciach. I przypomniala mi sie
sprawa, ktora juz troche poddalem swego czasu, bo nie bardzo kto
mial sie tym zainteresowac. Probowalem z Dzienniku Lodzkim, ale w
kolko mi mowili jakie to ciekawe i jak bardzo sie tym nie zajma, no
i efekt zaden, byc moze Pan uzna ze warto poswieic temu chwile.
O co chodzi...
"Bawilem sie" w geneaologie swojej rodziny - doatarlem do bardzo
starych aktow urodzen mojego nazwiska, dowiedzialem sie wielu
ciekawych rzeczy, o ktorych nie wiedzial nikt z rodziny. Slad sie
urwal kolo 1800 roku, bo sprawa wykroczyla poza granice polski. W
zwiazku z tym zaczalem interesowac sie rodzina od strony babci,
poniewaz byly tam jakies dziwne niejasnosci, babcia niewiele chciala
opowiadac kiedy zyla, zreszta widac byla ze tak jakby sama niewiele
wie. Przepraszam, ze bede pisac ogolnikami, ale nie chcialbym
publicznie opowiadac historii rodziny, ktorej niektorzy czlonkowie
wciaz zyja.
Poszperalem w archiwum panstwowym w jednym z bylych miast
wojewodzkich kolo Lodzi i poznajdywalem wiele faktow na temat tej
rodziny. Dowiedzialem sie gdzie mieszkali (bo znalazlem nawet stare
akty kupna ziemi, stare "mapy geodezyjne" (czy jak to sie wtedy
nazywalo). Okazalo sie ze nie byli z pochodzenia polakami, ale zyli
w jednej wsi z polakami. Rodzina byla duza, niekotrzy byli "zli"
inni "dobzi". Ale to wiem juz od mieszkancow tej wsi do ktorej
pojechalem i wypytywalem starszych mieszkancow. Dowiedzialem sie np.
ze ktos z tej rodziny dal najlepsza czesc swojej ziemi na remize
strazacka i szkole - pierwsza w okolicy wtedy (to wszystko bylo ok
100 lat temu), ale z drugiej strony byli i tacy ktorzy powiedzmy
traktowali polakow jak gorszych od siebie. Trafilem tez do ludzi
(mieszkancowi), ktorzy napisali ksiazke o tej wsi i o czasach
przedwojennych bazujac na opowiesciach najstarszych zyjach jeszcze
kilkanascie lat temu ludzi. Niektore historie sa naprawde ciekawe.
I dochodze juz do tego co napisalem w temacie.
"Stary" sotys wsi, wiekowy dziadek, powiedzial mi ze na polach za
wsia jest gorka, na ktorej jest cmentarz, zebym tam poszedl i
sprawdzil, moze zachowaly sie tam jakies stare napisy na grobach -
to byl dawny cmentarz przedwojenny na ktorym chowano niektorych
mieszkancow wspomnianej wsi. Ale on sam tam od dawna nie byl i nie
wie w jakim to jest stanie. Poszedlem. Znalazlem gorke z ktorej
pieknie widac okolice... niestety cmentarza juz nie bylo. Ledwo
jakies 4-5 podmurowek i tyle... w dodatku w tym miejscu zostala
posadzona kempka sosen, ktore pewnie dopelnily zniszczenia...
wracajac do auta o malo nie wpadlem w jakas dziure, a ze mialem ze
soba aparat (niestety nie cyfrowy), wlozylem do srodka czarnej ziury
reke i zrobilem pare zdjec z lampa blyskowa.
Kiedy zdjecia wywolalem w domu po kilku dniach, zobaczylem dol na ok
1,5 metra, obyudowany z kazdej strony ceglami/murem a po srodku
zasypana piaskiem trumne. Trudno powiedziec czy trumna jest w
calosci, tzn czy pekla od gory przez butwienie drewna, czy zostala
otworzona, ale wydaje mi sie ze obok widac tez kawalek buta lub
ksiazki.. chociaz ksiazka to pewnie niemozliwe po ok 100 latach.
Zrozumialem ze trafilem na jeden z grobow, w ktorych na pewno lezy
czesc moich przodkow.
Od ludzi o ktorych juz wspomnialem ze napisali ksiazke o tym terenie
dowiedzialem sie ze wg. ich danych an tym cmentarzu bylo pochowanych
grubo ponad 100 ludzi i maja ich dane wraz z datami smierci (teraz
gorka miesci maksymalnie 6-10 grobow, a raczej wypuklosci w terenie,
ktore mozna uznac za murowane groby przysypane ziemia). Ziemia jak
sie dowiedzialem zostala w calosci sprzedana kiedys prywatnej osobie
ktora ma pole orne w kolo a szybko rosnace sosny.. no coz.. pewnie
zostaly posadzone po to, zeby rozsadzic te groby w ogole.
Czy mozna cos z tym sprobowac zrobic ? Z checia przedstawie
wszystkie dane jakie udalo mi sie zebrac, ale przynajmniej na tym
etapie nie chcialbym wszystkie opowiadac "publicznie" ze
szczegolami. Jesli mialby Pan ochote zajac sie opisana sprawa lub
chociaz zerkanc na nia, z checia osobiscie wszystko Panu przedstawie.

pozdrawiam!



Temat: Od przemysłowej osady do miasta
Od przemysłowej osady do miasta
Do ciekawostek z historii miasta może warto też zaliczyć tragedię, do jakiej
doszło prawie 111 lat temu w kopalni "Kleofas". Na nocnej zmianie 3 marca 1896
r. w kopalni tej wybuchł pożar, który spowodował śmierć ponad 104 górników.
Kopalnia „Kleofas”, której ojcem chrzestnym był sam Karol Godula uzyskała
nadanie w 1840 r., a eksploatowano ją od 1845 r. na terenie dóbr załęskich pod
wsią Katowice (dziś katowicka dzielnica Załęże), należących najpierw do
żydowskiego kupca i przedsiębiorcy z Bytomia, dzierżawcy folwarku w Bogucicach,
Loebla Freunda, a następnie do dyrektora dóbr hrabiego A. M. von Renarda ze
Strzelec Opolskich, Karola Neumanna. Kopalnię, która w 1867 r. została
zatrzymana, od spadkobierczyni Goduli, Joanny Gryzik-Schaffgotsch kupiła w 1880
r. firma „Georg von Giesche Erben” i uruchomiła ją ponownie w 1886 r.
Dziesięć lat później, gdy na początku marca trwał strajk górników Zagłębia w
Karvinie firma spadkobierców Giszego wykorzystywała nadarzającą się koniunkturę
do zwiększenia zysków. Dlatego – według szczegółowej rekonstrukcji, jakiej
dokonał Robert W. Borowy we wszechstronnym opracowaniu „Wczoraj – dziś –
jutro... kopalni >>Katowice-Kleofas<<. Historia węglem pisana” – w środę 3
marca, zjeżdżająca o godzinie 18 na dół nocna zmiana została wzmocniona do 135
osób.
Spośród nich pięciu pracowników obsługi maszyn miało uszczelnić rurociąg parowy
ówczesnego szybu „Frankenberg” (współcześnie „Fortuna I”). Około godziny 21.30
jeden z nich, Karol Kott, który zwykle obsługiwał starą maszynę odwadniającą,
postanowił przelać do swojej lampy naftę, którą wcześniej ukradł. W trakcie
przelewania nafta się rozlała i zapaliła drewniany podest oraz pobliski stos
desek. Kottowi i pozostałym „maszynowcom” nie udało się ugasić pożaru.
Ostrzegli więc pracujących poniżej górników, wycofali się w górę do poziomu 125
m i pięćdziesięciometrową przecinką przedostali się do szybu
wylotowego „Walter” (współcześnie „Fortuna II”). W panice nie zamykali za sobą
tam wentylacyjnych na poziomie 125. O pożarze zameldowali dopiero po wyjeździe
na powierzchnię.
Tymczasem pod szybem „Frankenberg” paliła się już obudowa szybu, a
pozostawienie otwartych tam na poziomie 125 powodowało, że gazy pożarowe
odwróciły prądy powietrza. Dym i czad zaczął podążać szybem „Frankenberg” w
dół do poziomu 444 m. Zagroziło to polu głębinowemu „Recke”: o godzinie 24
zanotowano w meldunku nocnym, że górnicy przy szybie „Recke” zostali wówczas
chwilowo zmuszeni do wyjazdu ponieważ mimo gaszenia wodą nastąpiło odwrócenie
prądów powietrza. Wkrótce jednak gorące gazy wdzierające się na pole „Recke”
odwróciły prąd powietrza i porwane w górę spaliły tamy wentylacyjne, a
następnie przecinką wydostały się na poziomie 126 m do szybu „Walter”.
W tym momencie, tzn. około godziny 21.50 zimne powietrze wlotowe porwało je
znowu w dół i rozprowadzało w dwie strony: „1) szybikiem przez przekop na
poziomie 126 do zachodniej części pola wschodniego II i dalej przez pole
zachodnie do szybu” „Cezar”, „2) przekopem południowym na poziomie 162 m w
kierunku pola wschodniego I i szybu >>Schwarzenberg<<, zasilając po drodze
przodki korytarzowe w pokładzie >>Środkowym<< i w pokładzie >>Kleofas<<”.
Około godziny 22.00 nastąpiło odwrócenie prądu powietrza w szybie „Walter”,
skąd wraz z kłębami dymu i gazami pożarowymi zaczęły się wydobywać płomienie. W
tym czasie rozpoczęto izolowanie szybu „Recke” od szybów „Walter”
i „Frankenberg” tamami przeciwpożarowymi pomiędzy poziomami 126 i 162.
Około godziny 22.10 po raz pierwszy dymy i gazy wdarły się na krótko do
eksploatowanych pól pokładu „Cleophas”. Najprawdopodobniej wówczas zostali
zaskoczeni wszyscy górnicy z tego pokładu. Zapaliła się wówczas tymczasowa
drewniana obudowa szybu „Cleophas”, co znów spowodowało odwrócenie ciągu
powietrza. Do godziny 22.30 dokonała się tragedia ludzi w pokładzie „Cleophas”
i pozostałych częściach pola wschodniego I oraz w zachodniej części pola
wschodniego II i w polu zachodnim.
Wkrótce potem zaczęła się hekatomba górników we wschodniej części pola
wschodniego II w pobliżu szybu „Schwarzenfeld”. W bardzo gęstych dymach i
gazach pożarowych, które wdarły się do tej części pola ich szanse przeżycia
były minimalne. Jednak jeszcze przed godziną 23.00 słychać było wołania z dołu
szybu „Schwarzenfeld”. W tym czasie na teren kopalni dotarł dyrektor Bernhardi.




Temat: Oranżada chyba jednak działa całkiem dobrze?
Oranżada chyba jednak działa całkiem dobrze?
miasta.gazeta.pl/katowice/1,35018,4346044.html
Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości to miejsce, gdzie spotykają się
projektanci oraz producenci przedmiotów użytkowych. Właśnie w Cieszynie, na
organizowanych regularnie wystawach można oglądać najnowsze projekty
dizajnerów. - Usiłujemy przekonać, że dizajn żyje, pokazujemy codzienne
przedmioty i udowadniamy, że wzornictwo to nie luksus, ale nasze codzienne
życie - deklaruje Ewa Gołębiowska, dyrektorka Zamku.

Najczęściej przedmioty prezentowane na ekspozycjach można dokładnie obejrzeć,
dotknąć i obrócić w rękach. Ale naprawdę przetestować można je dopiero w
klubokawiarni Presso. - Idea "design alive!", która nam przyświeca, zakłada,
że wszystkie wystawiane przedmioty powinny być użytkowane zgodnie z ich
przeznaczeniem. Niech lampa nie tylko świeci dla samoprezentacji, ale przede
wszystkim niech daje światło w konkretnym miejscu. Niech z porcelany się je i
pije, a nie tylko ogląda ją w gablotce - wyjaśnia Ewa Trzcionka,
pomysłodawczyni i właścicielka klubokawiarni.

Dlatego, odwiedzając Presso, można nie tylko skosztować wymyślnych propozycji
kulinarnych, ale przede wszystkim wypróbować dizajnerskie kanapy, krzesła,
dywany, filiżanki czy szklanki do drinków. Co więcej, z każdym z przedmiotów
z Presso można wrócić do domu. - Jeden z naszych klientów urządził sobie
gabinet meblami, które u nas zobaczył. A przyszedł tylko na kawę! - wspomina
Trzcionka. Wystawcami w Presso są m.in. Moho Design, Modus Design, Malafor,
Medusa Group, Noti, Iker czy Biart Design.

Przedmioty nie należą jednak do najtańszych. Komoda z mozaiką różnych
rodzajów litego drewna to wydatek ok. 2450 zł, porcelanowy megakubek z losowo
wybranym numerem kosztuje 49 zł, natomiast za lampę z dmuchanym abażurem
zapłacimy 499 zł. - Dodatkowo "sprzedajemy" świadomość posiadania dobrego,
docenianego w kraju i na świecie produktu. Staramy się jak najwięcej o nim
powiedzieć, np. że krzesła pojawiają się w konkretnym programie telewizyjnym,
a ten dywan kupił sobie znany aktor - mówi Trzcionka.

Pomysł podoba się też projektantom. - Czuję satysfakcję, że stworzony przeze
mnie kubek będzie funkcjonował użytkowo. Z różnych źródeł wiem, że cieszy się
zainteresowaniem w różnych galeriach. Teraz pojawia się w kawiarni i liczę na
to, że spodoba się klientom. Sam, będąc klientem rozmaitych lokali, często
zwracam uwagę, w czym podaje się napoje czy potrawy. Obserwacje staram się
wykorzystywać w swoich projektach - mówi Bogdan Kosak, projektant kubka
Tomaszów, za który zdobył główną nagrodę w konkursie Śląska Rzecz w kategorii
Produkt. W kubku zaprojektowanym przez Kosaka w Presso podaje się gęstą
czekoladę na gorąco z miętowym aromatem.




Temat: mlody, przystojny gdanszczanin i USA, Singapur
Gość portalu: bolanren napisał(a):

>
> Dzien dobry!
>
> Gość portalu: gdańszczanka napisał(a):
>
>
> 1... gdyby młody nieco bardziej się zaangazował i odkrył
> karty. Ale on cos kręci...
>
> ===Mlody zrozumial, ze nie nalezy YUAN MU QIU YU <
> wchodzic na drzewo w poszukiwaniu ryby > !
.......... Młody jako największe swe zalety podał, że młody i przystojny, to
ona miała byc rozgarnięta. Pewnie myślał o wzajemnym uzupełnianiu się. To tak
jak ja nie umiem powiesic lampy, ale za to dobrze czytam mape i nie gubię się w
obcych miastach.
Wobec czego poddałabym w wątpliwość Twoje sformułowanie, że zrozumiał... On juz
nie zrozumie...
Dzięki za tłumaczenia. Tu mnie zastrzeliłeś. Jest to język, którego absolutnie
nie rozumiem, a i na niektóre polskie tłumaczenia potrzebowałabym konsultacji i
przykładów... Niby minimalnie posługuję się językami, coś tam kumam, ale w
Europie tak nie mówią. A ja jestem "ograniczona" do Europy. Chociaż jest mały
wyjątek - umiem mówić i pisać cyfry po arabsku. Nie pytaj do ilu, bo nie wiem.
>
> 2... Kobiety mają zdecydowanie gorzej w podróżach niz
> panowie.
>
> ===Kobiety nie sawsze sa SI MIAN CHU GE <osaczone przez
> wrogie sily>.
............ Przyznaję - nie zawsze. Co więcej, we Włoszech czy Hiszpanii mamy
zdecydowanie lepiej, należy tylko wiedzieć, do kogo się zwrócić o pomoc.
Chyba, ze sa to trzy dziewczyny lat ok. 25 w Maroku, odziane w spódnice do
ziemi, obszerne T-
shirty!!! Tubylcy byli zapewne ROZCZAROWANI Waszym
> odzieniem , hi hi hi !
............ Tak, otoczyli nas niepokojąco ciasnym kręgiem, jeden przez
drugiego proponując, że mogą nas wszędzie zaprowadzić. Nie skorzystałyśmy. A
myśmy tylko chciały pójść po jakieś figurki z egzotycznego drewna (nie pamiętam
jakiego, ale coś tam jeszcze u Rodziców stoi).
>
> 3.... Najbezpieczniej jest chyba mieć
> przyjaciółkę/przyjaciela w sieci. Jedno
> klikniecie i mamy święty spokój. Czy jednak o to
> chodzi ???
>
> ===Przyjazn w sieci to TONG CHUANG YI MENG < to samo
> lozko, rozne sny >
........... Różne łóżko to się zgadzam, chociaż jest Was tu tylko dwóch, odkąd
gdańszczanin "wyjechał"..., ale gdy się wstaje tak wcześnie jak ja to
opcja "dreams" się automatycznie wyłącza.
>
>
> 4....A jak mi się skończy wena. Koniec ze mną?
>
> ===NIE skonczy sie! Potrafisz WU FENG QI LANG < tworzyc
> fale bez wiatru > :-)))
.............. bo ja tak delikatnie dmucham. Zresztą tworzenie się fal ma też
chyba coś wspólnego z przyciąganiem ziemskim (?).
>
> 5)....Delegacje zaniżają wymagania i obniżają
> poprzeczkę.
>
> ===YOU HE BU KE ? < czy niemozliwe jest mozliwe ?>
>
> 6... Tak się tylko mówi. A potem zostajemy z
> problemami :-(((
>
> ===Moze myslisz: KAI MEN YI DAO? < otworzylam drzwi, by
> powitac zlodzieja ?>. Nie obawiaj sie, nie wszyscy
> potrafia YANG ER DAO LING! < krasc dzwon, zatykajac
> sobie uszy >.
.......... Tak się tylko droczę i nie mam nic złego na myśli. i mnie nie
strasz, bo od dwóch tygodni mieszkam sama i czasem w nocy mi się wydaje, że
ktoś chodzi po dachu...
>
> Pozdrawiam serdecznie [ juz nie smiem wyslac niewinnego
> calusa ].
........... A gdyby się okazało, że jestem Twoją nielubianą nauczycielką z
podstawówki... A tu całusy... Popłoch w sieci.
Nie jestem. Try again. Tak piszą na batonikach, gdy się nic nie wygra.
gdańszczanka z pozdrowieniami (serdecznymi)
> bolanren
>
>
>




Temat: PRZERAŹLIWE HISTORIE..
Mam taką historię do opowiedzenia, może nie jest przeraźliwa, ale prawdziwa.
Pamiętam dreszcz który mnie przeszedł kiedy TO się stało......Zdarzyło się to
około 40 lat temu, kiedy mieszkałem jeszcze w rodzinnej wsi. Owa nadbużańska
wioska żyła wówczas swoim spokojnym, zwykłym rytmem. Od niedawna mieliśmy we
wsi elektryczność (tak, elektryczność, coś niesamowitego, nierealnego...ale nie
o tym ta opowieść)... Lampy naftowe i świeczki robione z łoju przez moją Babkę
traciły powoli na znaczeniu...Zdawałoby się że wraz z erą prądu odejdą duchy,
zabobony, ciemnota...opowieści o plecionych nocą przez „ubożki” końskich
grzywach w warkocze, czy o zjawach pojawiających się wieczorem w zagrodzie
straszyły mniej przy świetle żarówki. Tylko Babka, żyjąca jeszcze w epoce
tańczących na burych ścianach cieni , świeczek i licho wie czego jeszcze
zdawała się być ostatnim mesjaszem sił nadprzyrodzonych. Nie raz przed
zaśnięciem raczyła mnie opowieściami o zmarłych wyjących wraz z wiatrem, o
duszach szukających spokoju...naprawdę, to teraz jest takie nierealne, ale
pamiętam jej wzrok, jej oczy kiedy opowiadała, jakby widziała to na własne
oczy, z taką przeraźliwą powagą...ja wówczas słuchałem cierpliwie, ale w
głowie tańczyły nie zjawy a dzień jutrzejszy, młodzieńcze plany, dziewczyny i
takie normalne sprawy. Ale pewnej nocy... spałem twardo, nie pamiętam co mi się
śniło...mieliśmy w domu taki zegar ścienny, którego głośne tykanie (stukanie
raczej) kołysało do snu i było pierwszy dźwiękiem słyszanym po
przebudzeniu...zdawało mi się że to zegar mnie rozbudził...tykk,
tykk,...równo...tykk,tykk...typch...podniosłem się...typch...cisza....ciemno,
typch, tykk...słyszałem jakiś dźwięk z podwórza,...typch...jakby przerzucanie
drewnianych bali...głuchy łoskot...pierwsza myśl, drewno kradną...podniosłem
się z łóżka aby przez okno sprawdzić co się dzieje. Pamiętam że nie szczekał
pies, to było bardzo dziwne, zawsze hałasował gdy ktoś obcy krzątał się po
obejściu, wyszedłem na werandę z której widać całe podwórze...Tam stała moja
Matka, bez słowa patrzyła przez okno w stronę szopki z drewnem spowitej w
mroku nocy... spojrzałem w stronę budy Burego. Spał spokojnie...typch,typch...
Matka stała i patrzyła, jak zahipnotyzowana. I ja spojrzałem w tamtą stronę.
To z tej niewielkiej szopki wydobywał się ten głuchy
dźwięk..typch...typch...nieregularnie...typch,...typch...patrzyłem z
niezrozumieniem. Dojrzałem że jest zamknięta na kłódkę, jak zwykle na noc. Ale
ktoś rąbał w niej drewno!!!...typch...Nagle Matka złapała mnie za rękę i
zaciągneła do domu , kazała iść spać...nie łatwo było mi
usnąć...typch,tykk,tykk,..typch...tykk,tykk...ale nie bałem
się...tykk,tykk...Rankiem opowiedziałem wszystko Babce. Słyszała w nocy to co
my. Z tą swoją powagą wytłumaczyła że to wuj Roman, pijak i nierób co by nie
mówić, któremu się przed paroma laty zmarło, wrócił aby odpracować swój
stracony za życia czas....I wszystko było jasne...wtedy. Dziś, kiedy sobie to
przypominam, sam nie dowierzam...Ale w podświadomości jednak wiem że to wuj
Roman rąbał te drwa, pamiętam tą kłódkę, Burego śpiącego w budzie (nie
niepokoiła go wizyta swojego)...Ten spokój Babki, tę oczywistość...Nie był to
zły duch, to był niespokojny duch...chyba



Temat: Jakie jest Wasze pierwsze wspomnienie?
jak uciekłam z domu
Pojedyńcze obrazy muszę pamiętać z czasu kiedy miałam między 1 rok a 2 lata, mieszkaliśmy wtedy w Chełmie Lubelskim- pamiętam wąwóz i jezioro Białe.Wszystko to z wysokości spacerówki- wtedy wózki były wyższe niż teraz. Pierwsze dłuższe wspomnienie to kiedy uciekłam z domu w wieku 2 lat i 5 miesięcy. I zaznaczam że nie była to jakaś tam niezborna wędrówka ale świadoma podróż. Mieszkaliśmy wtedy w Szczecinie na Golencinie, na Dzielnicowej. Było tam prawie jak na wsi, ludzie trzymali świnie i krowy w komórkach na podwórzu. Właśnie niedawno urodził się mój brat i kompletnie absorbował rodziców bo bez przerwy wrzeszczał i lał pod siebie (był bardzo mały i czerwony, i nie wolno było go dotykać a ja byłam wściekła bo chciałam starszego brata a nie młodszego i za karę ostrzygłam swojego ulubioneg misia na łyso). Babcia akurat pojechała do kościoła nad Odrę, było późne popołudnie, ojciec wieszał pranie na strychu a mama zajmowała się bratem. Nikt nie chciał ze mną iść na spacer, na podwórku nie było nikogo. Pamiętam doskonale uczucie zapiekłej wściekłości. Nie potrzebujecie mnie ? Dobrze, pójdę do miasta , poszukam nowej rodziny. Miałam na sobie granatowe kozaczki i rajruzy- potem jak parę razy się przewróciłam były podarte na kolanach. miałam też potem otartą skórę na dłoniach które bolały i piekły. Otworzyłam sobie furtkę- dorosłemu sięgała do pasa, ja ledwie dostałam do skobla- i wyszłam na ulicę. Pamiętam wielkie kocie łby po których bardzo trudno było iść i kępki chwastów wyrastające między nimi. Dwie starsze dziewczynki grały w piłkę naprzeciwko domu sąsiadów. był tam biały kudłaty piesek. Doszłam do zakrętu i odwróciłam się w nadziei że ktoś zawoła za mną. Przy furtce nikogo nie było. Nie wiem ile czasu zajęło mi dojście stamtąd do starego cmentarza koło szpitala golencińskiego, to jest około kilometra, może trochę więcej.Tamtędy właśnie jechało się do centrum, do miasta. Było już po zmroku. Podeszła do mnie obca pani, wzięła za rękę i zaprowadziła do domu. Weszłyśmy na werandę, w złote światło lampy, było tam dużo różnych mebli i na kanapie siedziała w pościeli bardzo blada chora dziewczynka, mogła mieć 7-8 lat , długie blond falujące włosy jak królewna- nigdy wcześniej tego nie widziałam bo mama zawsze strzygła mnie na chłopaka. częstowały mnie landrynkami. Musiało to dość długo trwać. Nie pamętam kiedy przyszedł sąsiad z moją mamą , walił w dzrzwi i wołał MILICJA! bo ta pani nie chciała otworzyć, myślę że chciała mnie poprostu zatrzymać. Rok póżniej dostaliśmy mieszkanie w Warszawie , widzę mojego tatę jak idzie w dół ścieżką w sadzie, ma na sobie czarny golf i w uniesionej ręce trzyma klucze. Potem nasze rzeczy były zapakowane na żuka który się zepsuł po drodze i jak przyjechaliśmy do Warszawy to nie mieliśmy na czym spać i mieliśmy tylko jeden widelec z ebonitową rączką który kiedyś wbiłam sobie w dłoń jak chciałam otworzyć nim pudełko Vitaralu- nie wiedziałam że się odkęca- jak się pośliniło tabletkę Vitaralu to można było sobie malować usta na czerwono.Pamiętam że bardzo płakałam bo w transporcie zginęły moje kaloszki. Strasznie nie chciam jechać do Warszawy a babcia śpiewała mi "jedzie pociąg z daleka" i bujała mnie na kolanach żeby mnie pozytywnie nastroić. Wychodziliśmy z domu nocą, pamiętam oświetloną kuchnię i jak babci się z nami żegna. Sąsiad co miał taksówkę zawiózł nas na stację. Pociąg ciągnęła lokomotywa z wielkimi czeronymi kołami której się okropnie bałam. Jechaliśmy w sypialnym. Przyjachaliśmy na stary dworzec na Towarowej, tuż koło placu Zawiszy, tam były drewniane perony. Potem taksówką na Żoliborz i jak już podjeżdżaliśmy pod blok to brat mi zwymiotował na płaszczyk.



Temat: Kraków miastem "snobistycznym"?
2
Życie krakowian przenosi się na Kazimierz, do dawnej dzielnicy żydowskiej. Tu
można nie tylko zjeść i wypić, ale i kupić zdezelowaną szafeczkę, wygrzebać
ciuch w stylu vintage, zjeść tani i dobry obiad, zobaczyć spektakl teatralny w
eksperymentalnej Łaźni, no i napić się piwa w najmodniejszych pubach. Szczytem
wyrafinowania, a przy okazji ucztą kulinarną, jest schaboszczak gigant lub
żeberka z kapustą U Endziora, które to miejsce bynajmniej nie jest restauracją,
lecz ... dziurą w starym handlowym okrąglaku, na placu Nowym, zwanym też placem
żydowskim. Porcjena tekturowych talerzykach je się na stojąco lub wspierając
się o jeden z drewnianych straganów. Po północy trochę znużeni jedziemy na plac
Grzegórzecki na najlepsze w mieście kiełbaski z musztardą lub keczupem wydawane
co noc poza niedzielami. Jeden kiwający się stolik, rożen opalany drewnem z
drzew owocowych i pan Marek w białym kitlu. Żywią się tu dziennikarze, artyści,
profesorowie, bywalcy nocnych klubów i turyści, którzy robią sobie zdjęcia ze
sprzedawcą. Zimą lepiej jeść w rękawiczkach. Najlepiej w nicianych,
podniszczonych, kupionych w sklepie ze starociami Uty Kalinowskiej, przy ulicy
Gołębiej. Znajdziemy tu niezwykłe kapelusze, stare świeczniki, a niekiedy
spotkamy rudowłosą ekspresyjną właścicielkę i Korę Jackowską, jej przyjaciółkę,
która będąc w Krakowie, zawsze wpada tu na kawę. Zapobiegliwi wstają skoro świt
i ruszają na łowy pod halę targową na Grzegórzkach (tam gdzie kiełbaski). W
niedzielę rozkłada się tutaj targowisko różności: meble, lampy salaterki,
półmiski i – obowiązkowo – srebrne cukiernice i sztućce (herby już niemodne). W
Krakowie modna jest wyłącznie oryginalna arystokracja, np. krakowscy
Lubomirscy. Tytuł nabyty u cesarza Franciszka Józefa raczej się nie liczy. Po
stylowe krzesło, komodę, fotel czy figurę anioła chadza się jednak na
Kazimierz, gdzie kilka galerii wygląda jak magazyny zniszczonych mebli. A jeśli
ktoś chce się zaopatrzyć w oryginalny ciuch wyrusza ponownie na plac Nowy.
Wyłowiłam tu długą wiśniową sukienkę z aksamitu i w dodatku w czarne róże...
Kanjping krakowski kończy się w Alchemii, przy ulicy Estery na Kazimierzu,
wciąż najmodniejszy pub w mieście. To pozbawiona elektryczności mroczna nora,
gdzie przy świecach pije piwo ten, komu uda się znaleźć wolny stolik. Nie
polecam jej zwolennikom tzw. schludnej estetyki. Chwiejące się stoliki, na
ścianach grafiki i obrazy stałych bywalców (niekoniecznie profesjonalistów),
tańczące za barem barmanki, lejące się hektolitrami piwo, ściana ze spalonych
desek... Dla jednych koszmar dla innych magia. Wielbicielki Marcina
Świetlickiego wiedzą, że tu go można spotkać.
A propos Świetlickiego. Pewnego dnia pewien warszawski krytyk, błądząc po
naszym mieście i natrafiając ciągle na Marcina Świetlickiego lub Jerzego Pilcha
(przed przeprowadzką do stolicy), spytał: „No dobra, powiedzcie szczerze, KIEDY
WY PRACUJECIE?”
No cóż, w Krakowie nogi mogą swobodnie i przez cała dobę przesuwać się po
dowolnym szlaku kajpowania, u nas bowiem pracuje się głową.

Katarzyna T. Nowak




Temat: czy ktoś zna osiedle przy Grzybowej?
Tomino, zgodnie z Twoja prosba zamieszczam sprostowanie.
Przytaczam ponizej cytaty z oferty HNS otrzymanej w firmowej teczce
(niestety nie widze tu mozliwosci zamieszczenia skanow z okladki tej
teczki, na ktorej znajduja się planowane elewacje budynkow, ani
planow wizualizacji osiedla Jeziorna, na potwierdzenie). Cytuje
wybrane fragmenty oferty przekazanej przez presesa HNS oraz
znajdujacych się na stronach internetowych dewelopera w latach
ubieglych, a nawet jeszcze w 2007 r. , które odnosza się do zapisow
z postu. Zadziwiajace, ze na nowej stronie (pod tym samym adresem)
nie ma już sladu po poprzednich obietnicach i wizualizacji osiedla
Jeziorna (na szczescie istnieja back-upy). Inne firmy dodaja po
prostu II etap pozostawiajac poprzednie, lub tworza archiwum...

„OSIEDLE JEZIORNA (przyp. Osiedle – to wazne slowo!, bo tomina
pisze, ze nie ma tego w umowach - no wlasnie: a w ofercie było...)
Budowa 40-tu domów jednorodzinnych w gminie Piaseczno, sołectwo
Józefosław. (przyp. 40 domów jest planowanych w II etapie, a co z
tymi dwudziestoma kilkoma już postawionymi?)
Cel
...wybudowanie kompleksu domów jednorodzinnych w zabudowie
bliźniaczej i wolnostojącej (przyp. nie szeregowej!), wraz z
infrastrukturą – na zamkniętym i chronionym terenie.
Architektura
...Zastosowanie tynku, kamienia, drewna, pozwala idealnie
wkomponować domy w wiejski charakter otoczenia.
Terminy
...Cykl budowy 6-7 miesiecy (przyp.: który dom był wykonany w tym
terminie?).
Standardy budowlane:
... 2. Elewacja – prefabrykat kamienia, drewno, tynk mineralny,
pomalowane farba silikatową. (vide zdjecia domow zrealizowanych na
stronie HNS)
... 8. Drzwi zewnętrzne – GERDA z okuciami standardowymi. (są inne o
zdecydowanie innej jakości).
Infrastruktura
... 2. Woda: Budowa wodociągu z przyłącza miejskiego. Doprowadzenie
wody do budynku (przyp. który dom ma wodę z wodociągu?)
... 6. Brama wjazdowa na osiedle – automatyczna. (przyp. kto widział
bramę lub wie kiedy ma stanąć?)
7. Budynek administracji i ochrony – przy wjeździe na osiedle.
(przyp. ale to chyba nie ten barak i mieszkańcy, jakoś nie
przypominają ochrony?. Ochrone mieszkancy załatwiali sobie sami)
8. Oświetlenie drogi osiedlowej. (przyp. sa lampy, ale to nie jest
oswietlenie L )”

Nie chce wchodzic w szczegoly, bo nie jest to moim zamiarem
publiczna potyczka z deweloperem. Oczekuje jedynie, by z obowiazku i
przyzwoitosci HNS wypelnial swoje zobowiazania i powinnosci, które
mieszkancy przedstawiaja w swojej korespondencji indywidualnej i
jako społecznosc. Mielismy czas i sposobnosc, by sprawy osiedla, czy
poki co ulicy Grzybowej rozwiazac w drodze rozmow i porozumienia:
co, kto, jak. Pisalismy e-maile, potem pisma, by dac czas
deweloperowi na zastanowienie sie i realne okreslenie terminow
wykonania poszczelnych prac. HNS nie odpowiedzial rzetelnie na
listy, a w konsekwencji odrzucil propozycje wspolpracy ze strony
mieszkancow.
baba02
PS. Wybaczcie literowki, ale nie lubie przepisywac

tomina napisał:
> Cóz, zwykłe kłamstwa i pomówienie i typowa "polska" zawiść.
> Proszę o sprostowanie tej informacji osobę o loginie baba2. W
> umowach z klientami nie było obietnic na które sie powołuje ta
> osoba. Był inny deweloper na tym samym terenie i może jego to
> ewentualnie dotyczyć. Traktujemy tę wypowiedż jako oszczerstwo i
> pomówienie.W przypadku braku sprostowania skierujemy sprawę na
droge sądową. Pozdrawiamy HNS




Temat: Rewitalizacja fortu - Info z importu
Rewitalizacja fortu - Info z importu
Biurowiec w forcie przy Racławickiej 99 w Warszawie

Supernowoczesny biurowiec powstał w forcie Mokotów. Miejsce żołnierzy zajęli
komputerowcy, artyści i restauratorzy. Firma Platige Image, która zasłynęła
filmem "Katedra" nominowanym do Oscara, świętowała wczoraj otwarcie swojej
siedziby

Nie mieliśmy dotąd w Warszawie tak udanego połączenia nowoczesnej estetyki w
zabytku powojskowym. Większość fortów, które mogłyby być jedną z wielkich
atrakcji miasta, popada w ruinę i tonie w śmieciach. Ten przy Racławickiej 99
wszedł gładko w XXI wiek - w świat reklamy, mody i rozrywki.

Rysuje wirtualne mundury

Wszystkie okna są pozasłaniane żaluzjami. W środku panuje półmrok jak w
pieczarach, w których zamiast ognisk "płoną" ekrany komputerów.

- Taki jest wymóg naszego zawodu. Musi być ciemno, bo wtedy lepiej pracuje
się przy monitorze - mówi Tomasz Bagiński, który po sukcesie "Katedry"
pracuje nad kolejnym kilkuminutowym filmem animowanym "Nauka spadania". Wodzi
elektronicznym ołówkiem po plastikowym tablecie graficznym, co na ekranie
komputera zostawia taki ślad, jakby rysował na papierze. Właśnie cyzeluje
fałdy na wirtualnym mundurze.

- To film o wojsku [nigdy w nim nie był - red.]. Ale więcej nie powiem ani
słowa. Będzie gotowy we wrześniu - zdradza.

Zapewne trafi do kin jako "rozbiegówka" pokazywana przed głównym obrazem.

Mokotów filmów i reklam

- Cała nasza branża - firmy reklamowe, domy produkcyjne i telewizja są
skupione tu, na Mokotowie. Nas przyprowadzili do fortu znajomi. Pomieszczenia
były w strasznym stanie - wspomina Jarosław Sawko, jeden z szefów Platige
Image - firmy specjalizującej się w efektach specjalnych do reklam i filmów.

Ale "Platiżowcy" (tak ich nazywają w sąsiednim lokalu Pruderia, w którym
jedzą obiady) wiedzieli od razu, że tu będzie ich nowy dom. Z dumą pokazują
pięknie odtworzoną forteczną elewację. W środku straszył okropny tynk. Został
skuty, by odsłonić grube ceglane mury. Ogromne i długie pomieszczenie składa
się z siedmiu modułów o sklepieniu kolebkowym ustawionych w szeregu niczym
żołnierze. We wnętrzu ściany są ze zbrojonego szkła, w ramach z czarnej stali
oraz z drewna. Do tego posadzki z betonu pociągnięte szarą farbą na
korytarzach i olejowany ciemny parkiet w pokojach. Pod sufitem - lampy takie
jak w kopalniach.

Konferencja z bilardem

Główny mebel w recepcji i największe stoły to po prostu potężne, odlane na
miejscu rzeźby z betonu, przykryte drewnianym blatem. Oryginalnie wygląda
sala konferencyjna. Najważniejszym meblem jest w niej ogromny bilard.

- Można go przykryć blatem i wtedy zamienia się w stół. Ale na razie tego nie
robimy. Wolimy grać - zdradza Marcin Kobylecki, który zajmuje się techniczną
stroną produkcji filmów i marketingiem w PI.

Przed fortem z częścią biurową została już pięknie skomponowana zieleń.
Powstanie też ogród na dachu.

miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2138975.html




Temat: " KREMATORIUM "
" KREMATORIUM "
" ŚRÓDMIEŚCIE. Czy to tylko niesmaczny żart?

W "Krematorium"

Przy Warszawskiej powstał pub "Krematorium". Nazwy lokalu, zdaniem wielu
osób, nie można nawet określić mianem "kontrowersyjnej".

Nie wiadomo dokładnie, dlaczego właściciele pubu nadali mu tak
odpychającą nazwę. Na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć nam kelnerka,
która twierdziła, że nie jest upoważniona da udzielania informacji. Z szefami
lokalu nie udało się, pomimo wielu prób, skontaktować. Nieoficjalnie
dowiedzieliśmy się, że mają oni dużo wspólnego z firmą "Prosektor i UM",
znaną z odzyskiwania długów. Nie ma wątpliwości, że obie nazwy pasują do
siebie jak ulał.
Kości i...
Wiele do myślenia daje już sam napis przed wejściem. Litery są bowiem
stylizowane na kości. W podobnym "klimacie" (?) utrzymane jest wnętrze.
Największe oburzenie mogą wzbudzać metalowe drzwiczki na ścianach. W jednych,
na metalowych noszach, usytuowany jest grzejnik. Jeśli już ktoś zdecyduje się
zostać w knajpce, może zostawić kurtkę na wieszaku przypominającym kości -
tym razem z metalu. Należy dodać, że lokal jest czysty (dobrym określeniem
byłoby raczej "wysprzątany") i serwuje dobrą muzykę i trunki w
konkurencyjnych cenach. Można się ich napić, siedząc przy drewnianych
stolikach przy świetle lamp, przypominających lampy więzienne, krematoryjne,
czy jak kto woli - piwniczne.
Paskudnie i dyplomatycznie
Wróćmy do wejścia do "Krematorium". Piotr Domżała, dyrektor Browaru
Union Polska Browarów "Kujawiak" SA, uważa, że umieszczenie obok nazwy lokalu
reklamy "Kujawiaka" jest nieporozumieniem.
- Na pewno wyjaśnię tę sprawę i dowiem się, dlaczego tak się stało. A
prywatnie uważam, że to paskudne - mówi Domżała.
Problemy ze skomentowaniem nazwy pubu ma Mariusz Krupa, szef wydziału
kultury i promocji bydgoskiego ratusza. Jest raczej ostrożny w swoich
ocenach. Można powiedzieć, że do sprawy podchodzi dyplomatycznie.
- Na pewno źle mi się to kojarzy. Z drugiej strony nie mam żadnych
możliwości, żeby wpłynąć na przykład na zmianę nazwy. Demokracja pozwala nas
zadziwiać tego typu historiami. Bardzo trudno jest mi cokolwiek powiedzieć na
ten temat, bo może to być przecież przyjazny lokal. Pozostaje jednak ocena
moralna, która na pewno nie będzie najlepsza - peroruje Krupa.
Żadnych wątpliwości nie ma Stanisław Gapiński, prezes bydgoskiego
oddziału Polskiego Związku Byłych Więźniów Hitlerowskich Więzień i Obozów
Koncentracyjnych.
- Żyje jeszcze sporo ludzi, których rodziny zginęły w piecach
krematoryjnych. Wielu z nich na pewno oburzy ta nazwa. To przygnębiające, że
ktoś może w ten sposób nazwać lokal. Nie można się z tym pogodzić - zasmuca
się Gapiński.
W ciemno
O tym, że urzędnicy wydający pozwolenia na prowadzenie lokali
rozrywkowych powinni mieć możliwość opiniowania ich nazw mówiliśmy głośno już
wcześniej. Przypomnijmy, że "Pomorska" wywołała dyskusję na temat
kontrowersyjnej nazwy pubu "Bromberg". Tymczasem w tej sprawie nadal nic się
nie zmieniło.
- Jesteśmy referatem typowo ewidencyjnym. Nie zajmujemy się nazwami.
Może wydział administracji budowlanej tym się zajmuje - zastanawia się Irena
Juchniak, kierownik referatu działalności gospodarczej Urzędu Miasta.
Maciej Głuszkowski, zastępca dyrektora wydziału, twierdzi, że jego
podwładni także nie mają nic wspólnego z opiniowaniem nazw.
- Podpisujemy decyzje, ale nie sprawdzamy, czy nazwa jest poprawna, czy
nie - tłumaczy Głuszkowski.



Strona 3 z 3 • Wyszukano 170 wypowiedzi • 1, 2, 3